Do tego, by publicznie zmierzyć się z tym
tematem, zbierałam się… kilkanaście lat.
W tym czasie zmieniały się trendy i sposoby komunikacji w sieci – a kierunek, w
którym to wszystko zmierzało, jeszcze bardziej mnie zniechęcał. Nie miałam – i
nadal nie mam – ochoty wchodzić w typowe „polskie piekiełko”, gdzie dwa (albo i
więcej) obozy obrzucają się nawzajem błotem, pogardą i etykietami.
Dlatego długo milczałam.
Aż wreszcie dotarło do mnie, że dalsze milczenie oznacza zgodę na to, by
życiowe dzieło człowieka, który miał coś bardzo ważnego do przekazania światu,
tonęło w tym błocie. Na szczęście na tyle płytkim, by wciąż dało się je ocalić.
W kolejnych wpisach chcę wziąć pod lupę konkretne
problemy i kontrowersje, jakie dzieło Czesława Białczyńskiego wywołuje.
Przyjrzymy się częstym zarzutom, ale też trudnościom, na jakie natrafiają
czytelnicy.
Moja nadzieja?
Że po tej analizie będziecie mogli spojrzeć na „Mitologię Słowian” nie jak na
tekst, z którym trzeba się zgadzać w 100%, ale jak na dzieło, z którego można
czerpać inspirację i głębsze refleksje.
Bo moc inspiracji, jaka kryje się w książkach
Czesława Białczyńskiego, jest czymś niezwykłym.
Kiedy już kogoś poruszy – robi to na niespotykaną skalę, w głąb.
Widziałam to wielokrotnie: artyści, których
„dotknęła iskra” z tych książek, tworzyli wiersze, obrazy i muzykę o niezwykłej
głębi, sile transcendencji i mistycznej atmosferze. Niektóre z nich – piszę to
bez cienia przesady – były genialne.
Jednak paradoksalnie ta inspiracja nie przekładała
się na masowe zainteresowanie, nawet w niszowych środowiskach słowiańskich. Dlaczego?
I inne jeszcze zjawisko: ci, którzy się w
późniejszym czasie od tej iskry odcinali, tracili coś ze swojego blasku.
Tworzyli poprawnie, ładnie – ale już nie mistycznie. Jakby coś ich blokowało,
paraliżowało.
Ja sama tego doświadczyłam. Na długie lata
zostałam z niedokończonym utworem i drugim, co do którego nie wiedziałam:
dostosować go do wymogów niszy czy zostawić jawnie naznaczonym w kilku
miejscach inspiracją z „Księgi Tura”?
Dlaczego w ogóle rozważałam okrojenie już
napisanego tekstu do formy akceptowalnej w środowisku? Bo nie piszę do
szuflady, dla samej siebie. A w niektórych kręgach to źródło inspiracji
zostało wpisane na swoistą „czarną listę”. Stało się zakazane.
No dobrze – ale jak to „zakazane”?
Kiedy byłam młoda i o czymkolwiek usłyszałam: „tego nie wolno czytać”,
to pierwsze, co robiłam, to… szukałam tej książki, żeby przeczytać ją właśnie
na przekór. Czasem byłam zachwycona, czasem rozczarowana – ale to były moje
własne wrażenia.
Dziś jednak to słowo – „zakaz”(lub pozornie
subtelniejsze: „odradzam” albo „przeczytałem/am, żebyś ty nie musiał”) – działa
inaczej. Zamiast przyciągać, odpycha.
Dlaczego „Mitologia Słowian” znalazła się na
czarnych listach samozwańczych opiniotwórców?
O tym opowiem w kolejnych częściach. Przyjrzymy się bogom, nazewnictwu,
alternatywnej wizji dziejów świata, językowi i filozofii,
którą autor wywodzi z wiary przodków.
Ale najpierw – w kolejnym wpisie – przedstawię
siebie i moją własną relację z książkami Białczyńskiego.
I od razu mówię: to nie będzie historia wyłącznie o miłości.
Opowiem o zmaganiach i o wychodzeniu poza strefę
komfortu.
O obrażaniu się na autora.
O złości, bezsilności i żalu, o podziwie i zachwycie, niepokoju i spokoju.
Innymi słowy: pokażę Wam, w czym problem był u
mnie.
I w czym go nigdy nie było.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz